Po pierwsze chciałbym podziękować @teamutangranser za udostępnienie bardzo przyjemnej trasy gravelowej startującej prawie z pod moich drzwi. Pomimo faktu, że znam już swoją okolicę całkiem dobrze i wydawało mi się, że przejeździłem już wszystkie rowerowe smaczki, ta trasa odkryła przede mną parę interesujących szlaków, których wcześniej nigdy nie zwiedziłem.

 

To był bardzo mroźny poranek, -16C, więc zdecydowanie nie śpieszyłem się do wyjścia. Każde pół godziny o poranku oznacza parę stopni więcej na termometrze więc dałem sobie czas na powolne śniadanie i porządną rozgrzewkę. Wolałem wyjechać troszkę później niż ryzykować wychłodzenie organizmy na samym początku jazdy. Mam taki problem zimą, że moje ciało potrzebuje paru dobrych kilometrów, żeby się rozgrzać. Często kiedy wychodzę na rower o tej porze roku właśnie w tej pierwszej fazie marzną mi ręce oraz stopy a potem nawet kiedy ciało się już rozgrzeje, stopy i ręce, niestety pozostają zimne aż do końca wyprawy. Tak więc, przygotowuje wszystko na gotowo do wyjścia i przeprowadzam rozgrzewkę “do pierwszego potu”. Parę ćwiczeń ruchowych w spokojnym i jednostajnym tempie aby pobudzić krążenie krwi w całym organizmie. Po czym jakieś 5min intensywniejszych ćwiczeń i kiedy czuję pierwsze kropelki spływające po kręgosłupie zakładam ostatnią warstwę zimowej zbroi i ruszam w drogę.

Opuszczam naszą małą, leśną chatkę koło 9ej. Prognoza pogody zapowiadała piękny dzień i zaiste tak właśnie było. Czyste niebo nad głową, skrzypiący śnieg pod zimowymi oponami i siarczysty mróz na policzkach. What could possibly go wrong? Pierwsze trzydzieści kilometrów to ścieżki, które bardzo dobrze znam i zjeździłem wiele razy. Przepyszne oatly latte, serwowane zawsze na podwójnym espresso, w komplecie z  kardemummabullar w @cafetornhuset jest moim absolutnym must have kiedy przejeżdżam przez Gustavsberg. I tym razem nie mogło być inaczej.

 

Parę kilometrów dalej wkroczyłem już na nieznane mi wcześniej tereny i od razu mogłem zaobserwować zmianę w moim postrzeganiu otoczenia. Nagle wszystkie moje zmysły skoncentrowały się na tu i teraz pobudzając moją ciekawość względem otaczającego mnie krajobrazu. Śnieżno biała, ubita droga w lesie, wszystkie drzewa przykryte warstwą świeżego puchu i słońce przebijające się między konarami gęstego lasu. Co po chwila delikatny wiatr poruszający koronami drzew sprawiał, że mroźny pył zsuwający się z gałęzi migotał odbijając promienie słoneczne tworząc lśniące i dryfujące przez las śnieżne obłoki. Przepiękny widok. 

 

Następnym miejscem, które zdecydowanie utkwiło mi w pamięci było zamarznięte jezioro Kvarnsjön. Bardzo lubię minimalistyczne krajobrazy takich miejsc. Tafla wody całkowicie pokryta lodem i śniegiem tworząc ogromną przestrzeń niezmąconą niczym prawie aż po horyzont. Przejeżdżając na rowerze przez zamarznięte jezioro towarzyszyły mi bardzo skrajne emocje. Z jednej strony uczucie strachu i niepewności, które wydaje mi się pochodzić z dzieciństwa, kiedy zamiast być edukowany o tym jak bezpiecznie spędzać czas na zamarzniętych zbiornikach wodnych byłem straszony o śmiertelnych skutkach zabaw na lodzie. Do dzisiaj mam w głowie obraz mnie wpadającego pod taflę lodu bez możliwości odnalezienia wyjścia na powierzchnię. Ta perspektywa zaczęła się bardzo zmieniać odkąd mieszkam w Szwecji gdzie każdy młody człowiek już w szkole uczy się jak rozpoznawać odpowiednie warunki żeby wejść na zamarznięte jezioro i co robić kiedy lód się pod nim załamie. Tak więc wiedza ta jest tutaj bardzo powszechnie dostępna. I właśnie dzięki tej wiedzy, na temat radzenia sobie w tak ekstremalnych sytuacjach jestem w stanie przełamać swój strach. Ostatnio jednak doświadczyłem bardzo intensywnej sytuacji na środku zamarzniętego jeziora, która dość gwałtownie cofnęła mnie do czasu kiedy wchodzenie na lód łączy się z głębokim strachem. Wracałem do domu późnym wieczorem, dawno po zapadnięciu zmroku, kiedy mijałem jezioro zauważyłem ślady nart biegowych na śniegu jakieś 5/10m od brzegu, a że droga przez jezioro jest o wiele krótsza więc postanowiłem pospacerować po zamarzniętej tafli. Wchodząc na lód zauważyłem przerębel wędkarski dzięki, któremu mogłem się upewnić, że warstwa zmarzliny jest dość gruba. Maszerując dalej, ślady odbijały w stronę środka jeziora więc postanowiłem trzymać się, już przez kogoś sprawdzonej, drogi zamiast iść w nieznane tym bardziej, że dosłownie parę metrów wcześniej wyładowała mi się bateria w mojej czołówce. Gdzieś w połowie długości zbiornika dokładnie na środku jeziora w całkowitych ciemnościach słyszę jak lód pode mną zaczyna pękać. Spłoszony odbijam w stronę brzegu krzycząc w niebogłosy ze strachu i czując jak moje buty napełniają się wodą. Pomyślałem wtedy, że w końcu się doigrałem i w wyląduję w zimnej wodzie. Towarzyszyła temu również nutka ulgi i ciekawości,że w końcu przekonam się jak to jest wpaść do przerębla. Kiedy jednak stanąłem z powrotem na twardym lodzie i uspokoiłem się trochę, dotarło do mnie, że po słonecznym dniu utworzyła się na środku jeziora ogromna kałuża a po zmroku kiedy temperatura spadła grubo poniżej zera zrobiła się na niej cienka warstwa lodu, na którą wszedłem i wpadłem do ów kałuży po kostki. Wybuchnąłem niepohamowanym i głośnym śmiechem. Uszły ze mnie wszystkie emocje. Teraz kiedy o tym myślę musiałem wyglądać przezabawnie biegając jak poparzony z rozłożonymi na boki rękoma, tak ponoć należy aby nie wpaść pod lód i wrzeszcząc “nie, nie, nie..” późnym wieczorem po zamarzniętym jeziorze. No szalony...

 

Ale wracając do wyprawy rowerowej. Z drugiej strony bycie w środku niesamowicie otwartej, przestrzeni, która na początku może przytłaczać i onieśmielać jednak po chwili staje się zdecydowanie przyjemną odmianą od naszej codziennej egzystencji wśród tak wielu otaczających nas rzeczy, budynków i ludzi. Uczucie kiedy można wreszcie odetchnąć pełną piersią. I poczuć nicość wokół siebie Jest to też bardzo ciekawe wrażenie kiedy stoję zawieszony między dwoma tak od siebie różnymi przestrzeniami. Pode mną głęboka otchłań wody a nade mną bezkres powietrza i ja na cienkiej, zamarzniętej tafli. Między dwoma nie moimi światami. Muszę przyznać, że wjeżdżając z powrotem na stały ląd z jednej strony poczułem ulgę braku niepewności jednak odezwała się we mnie również tęsknota za przestrzenią. 

 

Po przejechaniu następnych paru dobrych kilometrów napotkałem na swojej drodze jedną z istot ze moich poprzednich wspominek. Znów udało mi się spotkać czaplę siwą. Na swojej drodze przeważnie spotykam bardzo dużo zwierząt i tym razem parę razy natrafiłem na zające, mignął mi w lesie puszysty lis i mijałem stołujące się w leśnym paśniku stado rogaczy i saren nie mówiąc już o niezliczonych sarnach grzejących się w promieniach słonecznych na przykrytych śniegiem polach. Jednak od czasu do czasu spotykam zwierzęta w szczególnych okolicznościach i to właśnie te spotkania zapadają mi najbardziej w pamięci. Jechałem pięknie położoną drogą rowerową środkiem ogromnej polany i nagle zauważyłem z mojej lewej strony nadlatującą w moim kierunku czaplę siwą, zatoczyła nade mną okrąg i jakieś 20m przede mną, dokładnie nad mostkiem małej rzeczki, przecięła mi drogę lądując na jednym z ośnieżonych kamieni obok nurtu wody. Przepiękny widok, przepiękny ptak. Oczywiście zatrzymałem się na owym mostku i patrzyłem z zaciekawieniem co dalej, a ona po prostu siedziała i patrzyła na mnie. Uśmiechnąłem się pod nosem i pojechałem dalej. Kiedy ruszyłem w swoim kierunku po paru metrach zauważyłem, że czapla również poleciała w swoją stroną. Takie międzygatunkowe spotkanie nad strumykiem. Kiedy wróciłem do domu i opowiedziałem o tej sytuacji mojej żonie. Ona przypomniała mi o zwierzętach mocy. Koncepcji obecnej również w zachodnim spirytualizmie, gdzie zwierzę pojawiające się w odpowiednim momencie życia symbolizowało lub zwiastowało określone rzeczy i po sprawdzeniu co miałaby symbolizować czapla okazało się, że czapla obdarza nas elastycznością i dziecięcą otwartością na to, co oferuje życie. Dzięki temu przeszkody zamieniają się w przygody, a trudy w nowe wyzwania i okazje do wzrastania.

Czapla uczy nas jak nie marnować tych chwil, a każdą zamienić w coś fajnego. Zachęca do wypróbowywania różnych rodzajów aktywności, technik czy metod. Na pozór może to wyglądać jak jedynie powierzchowne i płytkie traktowanie wielu spraw, ale tak nie jest. Kreatywna siła i moc czapli raczej pomagają nam być swoistym majstrem do wszystkiego. Czerpać z obfitości Wszechświata i iść naprzód z tym, co akurat się pojawia. Czapla obdarza nas wzrostem zaufania do własnej intuicji i wręcz instynktownym podążaniem za jej podszeptami. Oznacza to, że nie musimy się długo zastanawiać nad tym co zrobić, nie musimy analizować, ani mielić w głowie „za” i „przeciw”, a już tym bardziej „dlaczego”. Po prostu wiemy. Wiemy i idziemy za tym.

 

Dziwnie i trafnie opis ten pokrywał się  z moją osobowością i sytuacją życiową...

 

Wtedy jednak byłem bardziej zafascynowany i podekscytowany bliskością otaczającego mnie świata niż analizowaniem co i jak. Tak więc niesiony kolejnym spotkaniem pedałowałem dalej. W dalszej drodze napotkałem na małą przeszkodę ponieważ jedna z leśnych dróg okazała się kompletnie nieprzejezdna ze względu na nie przetartą, parunastu centymetrową warstwę świeżego śniegu. Co skutkowało w ponad trzy kilometrowym spacerze i pchaniu roweru. Jednak jak powiadają bez pchania roweru nie ma przygody, tak więc, przygody nie zabrakło.
 

Kiedy tak maszerowałem, w ramach odpoczynku, znalazłem perfekcyjne miejsce na “małe co nie co”. Podczas naszych ostatnich zimowych wypraw z Anetą bardzo przypadło mi do gustu zabieranie ze sobą gorącego posiłku w postaci pożywnej zupy. Zauważyłem, że parę łyżek gorącego posiłku od czasu do czasu bardzo dobrze wpływa na gospodarkę cieplną mojego ciała ale też nie przynosi ospania i spadku w produktywności lecz dostarcza natychmiastowej energii. Tak więc zabrałem ze sobą specjalny termos na zupę w którym czekała na mnie przyrządzona dzień wcześniej mixtura na bazie różnego rodzaju kasz i czarnej soczewicy, warzywnego wywaru oraz obfitej garści kiełków fasoli i świeżej kolendry. “Pałaszka” w okolicznościach popołudniowego słońca przebijającego się przez leśne gęstwiny i ogrzewającego moje zmarznięte policzki była przednia. A jaka to była ulga kiedy za najbliższym zakrętem czekała na mnie już odśnieżona droga leśna. Rozgrzany i najedzony mogłem mknąć dalej ku nieznanemu.

 

Po przemierzeniu kolejnych, pięknych zimowych krajobrazów dotarłem do pierwszej przeprawy promowej. Rindö - Stenslätten.  To oznacza, że byłem już niedaleko celu. Moja przygoda miała się zakończyć na wyspie Vaxholm skąd małym statkiem Waxholmsbolaget mogłem spokojnie, w ciepłej kabinie i popijając piwko wrócić do domu. Przeprawa promem po ukrzonym kanale w fioletowych barwach zachodzącego słońca była magiczna. Parę kilometrów dalej czekał na mnie kolejny prom Rindö-Vaxholm. Tym razem mogłem podziwiać pięknie oświetlony Vaxholm fortress museum na tle fioletowego nieba odbijającego się w tafli wody pokrytej wolno dryfującymi krami. Magia. Kiedy parę dni wcześniej sprawdzałem godzinę o której ów statek odpływa, zapadła mi w pamięci 19:20. I tą też godzinę miałem cały czas w głowie zmierzając ku wyspie. Zbliżając się do celu z ponad dwugodzinnym zapasem czasu planowałem już w głowie jaką pizzę zamówię sobie w przy portowej Pizzerii grzejąc się po całodniowej wyprawie na mrozie. Kiedy dotarłem do portu i zanim jeszcze ruszyłem w stronę włoskiej restauracji coś mnie pchnęło w kierunku tablicy z godzinami odpływów, i całe szczęście bo okazało się, że ostatni statek tego dnia odpływa o 17:20 czyli dokładnie 5 min po tym jak pojawiłem się w porcie. 

 

Kolejny raz się udało...

  • Instagram