Few pandemic plot twists during my last trip to Poland had me waking up at my best friend's place. It was September 11th  Friday and I had no plans for the weekend whatsoever. I stared out the window at the clear blue sky when thought occurred – something I had in mind for a while then. I quickly checked railway connections and the weather forecast for the next few days and around noon I was on a train planning a solo Tatra weekend. Totally excited, I wanted to finally experience Queen of Polish high mountain trails – Orla Perć. I’ve been on it a couple times with my wife but we never managed to walk through the whole thing in one attempt. Anyway, making time in a train usefull I managed to book a place in Zakopane, quite close to the trail so I could start my adventure on Saturday morning without unnecessary rush. Mountain huts overwhelmed by weekend tourists seemed impossible to contact so after a few tries I decided to go without reservation, hoping I could find a spot in the common room.

After a few turbulences I reached Zakopane around 10 PM and after a quick shopping I went to sleep. 

 

Although the phone alarm was set to 3:30 I was so excited I couldn't really sleep since 1. The plan was fairly simple –  to avoid traffic in a few neuralgic spots I wanted to reach Zawrat pass, where the ridge trail begins – famous Orla Perć, as early as possible.

My small 15l trail backpack was waiting packed next to the door like a trusty travel companion. March was quite fast, refreshing and pleasant. Starry, clear sky casted a faint glow on a stone path. The higher I reached the less clothes I was wearing and more confident I grew about my pace. Shortly before 7 I was hit with an astonishing view of Western Tatras. Sun was heating up eastern Tatra slopes for around an hour now - it looked like it was going to be a beautiful day. Wasting no time I started walking the ridge east, along Dolina Pięciu Stawów. Orla Perć is a trail secured with metal chains – they play the role of banisters during harder parts of the path. Fascinated with the amazing mobility of my body during that walk, on the way to Zawrat I decided not to touch those metal constructions from the early XXth century during this whole adventure. To rely only on my skills, equilibrium, strength and inner peace. Orla Perć lived up to expectations. The view, rock texture, experience and focus it requires creates an unforgettable mixture of emotions that lasts for a long time.

 

After reaching Krzyżne pass for the first time that day I started to walk down. I was packed light and wore running shoes so just out of curiosity I started to trot. It took a moment to adjust my tempo to mountain conditions and slope after which I felt like a mountain goat jumping around from rock to rock. I came to realize I discovered something awesome, running down became fast and easy. Every leap was a pleasure, a kind of synergy between mountain terrain and my whole body. Skimming the ground and putting weight on each of legs for just a second felt like gliding in natural rhythm. I ran down to Dolina Pięciu Stawów and carried with fun from newfound synergy I ran further to Morskie Oko where I managed to find a place to sleep. 

 

Morskie Oko Mountain Hut is a perfect spot to start an early climb on Rysy, Poland’s highest peak. And that was the plan for the next day. However, the fact that I never trained mountain running made itself felt after a whole day of marching, 2500m of elevation, 5h of climbing Orla Perć and 8km of running down. My legs were screaming in despair. Night in the mountain hut was no treat either. New tourists kept on appearing in the room periodically up till midnight and pain in my thighs kept me awake anyway. Around 2:30 after waking up from light sleep for another time I decided to depart. My body and my mind tried everything to keep me under the blanket, however the call of the starry night sky and mountain trail was even stronger. I started a slow and painful walk towards Rysy. 


It took mere 15 minutes of walking around Morskie Oko for stress coming from lack of sleep and sore legs to leave my body. I was ready to move again and I felt that everything was fine and all my worries disappeared. High above the treeline, stars and the Moon light up my way. I could witness a magical palette of colors in the dawn once again. I reached the top around 20 minutes after Sunrise. The view was absolutely stunning, Slovak Tatras with Gerlach in the lead timidly peaking through disappearing with every minute cloud layer.

 

After finding a small rock cleft which was a shelter from the wind but wasn’t limiting the view I could really enjoy the moment accompanied by gusts of wind sounding in my ears. After a run down and quick breakfast I decided to head Kuźnice. Following advice of a mountain runner I met the day before on Orla Perć, I jogged through every slope or flattened area. Few peaks and passes later, when I was around Murowaniec mountain hut, somebody started tailing me. After we ran like this for a while, I asked if he wanted to overtake me but he said the pace was fine with him so we can keep going like this. I haven’t even seen his face but we shared satisfaction coming from our mobility and beautiful surroundings for a few more kilometres. When the narrow mountain trail changed into a forest path, we started talking about mountains’ pure magnetism and how marvelous it is to come back to Tatras after years of absence. That day I covered 3300m of elevation gain. I ended the day in one of Zakopane’s spas where I could release all the discomfort in a sauna and by meditation. 

 

Another amazing solo adventure. This year I really learned how to enjoy this kind of travels. In my honest opinion there is something magical in spending time with yourself. Sinking in your thoughts, accepting your company and pushing your limits. I treat it as a way of cleansing accumulated everyday affairs as well as an escape. Planning your own travels without necessity to achieve compromise and having to wonder about others. A pure and selfish joy.

 

Kilka pandemicznych i nieoczekiwanych zwrotów akcji podczas mojej ostatniej wycieczki do Polski sprawiło iż w piątek, 11ego września, obudziłem się na kanapie u mojego przyjaciela nie mając żadnego konstruktywnego planu na weekend. 

 

Spojrzałem za okno, na niebie ani chmurki. Pojawił się pomysł, coś o czym myślałem już od jakiegoś czasu. Sprawdziłem szybko pogodę na najbliższych parę dni, połączenia pociągowe i koło południa siedziałem już w wagonie planując samotny weekend w Tatrach. Ogarnięty totalną ekscytacją chciałem w końcu doświadczyć  Królowej Polskich Szlaków wysokogórskich w całej okazałości- Orlej Perci. Już parę razy byłem na tym szlaku z żoną jednak nigdy nie udało się go przejść od początku do końca. W drodze udało mi się zarezerwować kwaterę w Zakopanem, niedaleko wejścia na szlak abym w Sobotę od samego rana mógł spokojnie wyruszyć ku przygodzie. Schroniska wysokogórskie ogarnięte szałem weekendowych turystów zdawały się być poza zasięgiem możliwości kontaktu, więc po paru nieudanych próbach podjąłem decyzję o wyjściu w góry bez rezerwacji. Miałem nadzieję, że uda mi się dostać miejsce w pokoju wspólnym już na miejscu. Po małych zawirowaniach podczas transportu dotarłem na dworzec autobusowy w Zakopanem koło 22ej, szybkie zakupy i spać. 

 

Budzik zadzwonił o 3:30. Z podniecenia i tak już nie spałem za dobrze od 01ej. Plan był prosty, aby uniknąć zatorów w paru newralgicznych częściach szlaku chciałem dostać się jak najwcześniej na przełęcz Zawrat, skąd zaczyna się szlak granią, sławna Orla Perć. Mój mały, 15l plecak trail'owy czekał spakowany i gotowy przy drzwiach niczym wierny towarzysz podróży. Marsz był dość szybki, rześki i przyjemny. Bezchmurne sklepienie gwieździstej nocy, zza drzew, rzucało delikatną poświatę na kamienny szlak. Wraz z wysokością topniały na mnie warstwy ubioru i nabierałem pewności siebie co do tempa pokonywanego szlaku. Niebo barwiło się wszystkimi odcieniami błękitnej godziny. Niesamowity widok na Tatry Zachodnie z przełęczy Zawrat ukazał mi się krótko przed 7mą. Słońce już od niecałej godziny ogrzewało wschodnie stoki Tatr. Zanosiło się na piękny dzień. Podekscytowany, nie tracąc czasu ruszyłem granią na wschód wzdłuż doliny pięciu stawów. Orla Perć to szlak zabezpieczony metalowymi łańcuchami, służą one jako wsparcie w trudniejszych partiach skalnej scieżki wspinaczkowej. Zafascynowany mobilnością mojego ciała podczas wspinaczki, już w drodze na Zawrat wziąłem sobie za cel przejście całego szlaku bez dotykania tych stalowych konstrukcji z początku XXw. Polegając tylko na własnych umiejętnościach wspinaczkowych i skale, czystej równowadze, sile i spokoju wewnętrznym. Orla Perć stanęła na wysokości zadania. Widoki, tekstura skał, przeżycia i skupienie, którego wymaga tworzy w ciele niezapomniany miks emocji, które zostają bardzo głęboko. Po dotarciu do przełęczy Krzyżne, pierwszy raz od rana, zacząłem schodzić w dół. Szlak pokonywałem na lekko oraz w butach do biegania i z czystej ciekawości zacząłem truchtać. Po chwili dopasowywania własnego tempa do warunków i nachylenia szlaku czułem się jak górska Kozica, skaczącą z kamienia na kamień. Doszło do mnie, że właśnie odkryłem coś niesamowitego, schodzenie stało się szybkie i lekkie. Każdy sus był przyjemnością, pewnego rodzaju synergią między górskim terenem a całym moim ciałem. Muskanie podłoża i obciążenie każdej z nóg tylko na ułamek sekundy sprawiało wrażenie sunięcia, naturalnego rytmu. Zbiegłem do Doliny Pięciu Stawów i rozochocony przyjemnością tej synergii pobiegłem dalej do Morskiego Oka gdzie znalazłem nocleg. Schronisko Morskie Oko to idealne miejsce do wczesnego wyjścia na najwyższy szczyt Polski, Rysy, taki był też plan na następny dzień. 

 

Jednak fakt, że nigdy nie trenowałem biegania w górach dał się odczuć, po całodniowym marszu, 2500m przewyższeń, 5h wspinaczki po Orlej Perci i 8km zbiegu na koniec… moje nogi krzyczały z rozpaczy. Noc w schronisku również nie rozpieszczała. Nowi turyści pojawiali się w pokoju co jakiś czas aż do północy a do tego ból ud był tak intensywny, że nie mogłem spać spokojnie. Koło 02:30 po którymś już wybudzeniu z płytkiego snu postanowiłem wyruszyć. Moja głowa i ciało zdecydowanie próbowały zatrzymać mnie pod schroniskowym kocem. Jednak chęć poczucia przyjemności podniebnych szlaków raz jeszcze była silniejsza. Ruszyłem powolnym i obolałym krokiem w stronę Rys. Cały stres związany z brakiem snu i bólem nóg minął po jakichś 15min marszu dookoła Morskiego Oka. Moje ciało znów było w ruchu, znów czułem, że wszystko jest dobrze i wszystkie obawy zniknęły. Wysoko nad granicą lasu gwiazdy oraz księżyc oświetlały mi drogę. Kolejny raz byłem świadkiem magicznego pokazu barw o brzasku. Na szczycie pojawiłem się jakieś 20min po wschodzie słońca. Widok był absolutnie nieziemski, Tatry Słowackie z Gerlachem na czele wynurzające się nieśmiało z delikatnej, z każdą minutą zanikającej ogrzewanej promieniami słońca, warstwy chmur. Po znalezieniu małej skalnej szczeliny, perfekcyjnie chroniącej od wiatru nie ograniczając przy tym widoku, napawałem się tą chwilą w akompaniamencie szumiących w uszach podmuchów. 

 

Zbieg z powrotem do Morskiego Oka, śniadanie i kierunek Kuźnice. Zgodnie z radami biegacza górskiego spotkanego na Orlej Perci dzień wcześniej, każde nachylenie terenu w dół lub chociażby wypłaszczenie pokonałem spokojnym truchtem. Kilka szczytów oraz przełęczy i już byłem blisko celu, gdzieś na wysokości Schroniska Murowaniec ktoś wskoczył mi na ogon. Biegliśmy tak jakiś czas- niepewnie zapytałem czy chce mnie wyprzedzić, odparł, że tempo mu odpowiada więc możemy kontynuować. Nawet nie widziałem jego twarzy, biegliśmy tak bez słów parę kilometrów połączeni satysfakcją płynącą z naszej mobilności i otaczającej nas przyrody. Kiedy szlak górski zamienił się w szeroką leśną drogę, zrównaliśmy się i lekko truchtając rozmawialiśmy o magnetyzmie gór i o niesamowitej mocy powrotów w Tatry po latach nieobecności.

No i tego dnia udało się przemierzyć 3300m przewyższeń. Dzień zakończyłem koło 18ej w jednym z Zakopiańskich SPA gdzie cały znój i dyskomfort przeprawy uwolniłem w saunie oraz podczas medytacji na podgrzewanym fotelu. 


 

Kolejna niesamowita solo przygoda. W tym roku nauczyłem się czerpać wielką przyjemność z tego rodzaju podróży. Moim zdaniem jest coś magicznego w spędzaniu czasu z własnym sobą. Zatapianiu się we własnych myślach, akceptowaniu własnego towarzystwa i poszukiwaniu własnych granic. Traktuje to jak swego rodzaju oczyszczenie nagromadzonych i nieprzemyślanych spraw codzienności. Jest to również swego rodzaju ucieczka. Planowanie wypraw pod siebie bez konieczności szukania kompromisów i zastanawiania się nad dobrem innych. Czysta i samolubna przyjemność.

  • Instagram